top of page

Tydzień w Maroko na własną rękę. Jak to zaplanować?

Tydzień w Maroko. Jak zaplanować cały wyjazd na własną rękę od A do Z?

Zasada pierwsza - Odrzuć obawy! Nie bój się innej kultury, otwórz się na nowe horyzonty i spójrz na doczesność z innej perspektywy.


Możesz zacząć tak jak my - od zaplanowania wynajęcia samochodu. Nam zależało na tym, by znaleźć miejsce, w którym nie trzeba wpłacać depozytu na poczet wynajmu i takowe wyhaczyliśmy. 4 dni wypożyczenia Dacii Logan, na którą się ostatecznie zdecydowaliśmy, kosztowało nas ok 100 euro.


Pierwsza nasza lokacja, do której z chęcią prznteleportowalibyśmy się nawet teraz – Greenwave Ecolodge w Sidi Boulfdail. Absolutnie nie jest to żaden post, za który ponosimy jakiekolwiek korzyści, ale od pierwszego dnia w tym miejscu, wiedzieliśmy, że zostanie on w naszej pamięci na długo. Jeśli męczy Was skupisko ludzi i kochacie Ocean, to jest to miejsce dla Was. W ramach noclegu otrzymujecie domek nad samym Oceanem. Naprawdę długo szukaliśmy z Norbertem miejscówki, która znajdowałaby się jak najbliżej Oceanu i to było jedyne miejsce z tak bliskim położeniem od linii brzegowej. Klimat jak nie z tej ziemi. Magia w najczystszej postaci. Jedna noc w takim miejscu to koszt 340zł/400zł/ 2 os.


Mieszkaliśmy w jednym z tych domków, które widzicie za mną.


Z serii - najbardziej magiczne chwile - wschód słońca nad Oceanem nieopodal naszego domku.


Tradycyjne marokańskie śniadania, to również coś, za co należy pochwalić to miejsce. Co istotne, takie śniadania wliczone są w cenę noclegu! Na słodko i na słono - każdy znajdzie tam coś dla siebie.


W tej bajecznej lokalizacji spędziliśmy 2 noce. Korzystaliśmy z przepięknej pogody i zwiedzaliśmy okoliczne miejscowości, podglądaliśmy zwyczaje ludzi tam żyjących i cieszyliśmy się Oceanem. Odwiedziliśmy też Legzirę, malowniczą plażę ze słynnymi łukami – robią wrażenie!


Następnie ruszyliśmy do Agadiru. Droga, którą mieliśmy do pokonania to około 150km z przepięknymi krajobrazami w tle. W Agadirze zarezerwowaliśmy nocleg Airbnb, w miejscu, które jak się można domyślać, nieco odbiega od hotelowych standardów. Nie ukrywamy, że znalezienie konkretnego domu, między niemal identycznie wyglądającymi wąskimi uliczkami, nie należało do najłatwiejszych zadań. W każdym razie, gdy zobaczyliśmy nasze docelowe miejsce noclegu, Wiktoria poczuła się trochę zmieszana. Nie było to miejsce o jakim wówczas marzyła. Z perspektywy czasu, jesteśmy ogromnie wdzięczni, że mieliśmy okazję z takiej bliskiej perspektywy przyglądać się tym ludziom. Dzieciom, które biegały same, robiły co chciały,a wyglądem bardzo odstawały od Europejskiego malucha. Absolutnie nie mamy na myśli koloru skóry, a raczej ubiór, panujący wokół nich nieład, pomieszany z radością na twarzach. Łatwo odczuć taką barierę „my – oni”. Teraz już wiemy, że wszystko, a już na pewno spora część jest kwestią wychowania w danej kulturze. A ich kultura znacznie różni się od naszej – europejskiej.


Dokładnie w ten sposób wyglądały opisane przeze mnie uliczki. Tam też mieszkaliśmy.



Przejdźmy jednak do zwiedzania! W Agadirze poszliśmy do Parku krokodyli, który bardzo polecam, świetna sprawa dla osób w każdym wieku. Zobaczycie tam nie tylko najróżniejsze gatunki tych pięknych zwierząt, ale i niesamowite rośliny oraz płazy.



Kolejnego dnia udało nam się zejść na Paradise Valley i tutaj mała dygresja ode mnie. Sama droga na Paradise zapiera dech w piersiach. Palmy, góry, strome podjazdy. Gwarantuję, że poczujecie tam niesamowite emocje. Co ważne, jeśli już zdecydujecie się na tę atrakcję, to koniecznie zabierzcie ze sobą dużo wody i ubierzcie wygodne buty!

Tak wygląda droga na Paradise Valley. Gdy już dojedziecie na parking, idziecie pieszo średnio 25min.



Żebyście nie myśleli, że ciągle było kolorowo, to wspomnimy o miejscu, które do dziś budzi Wiktorii okropne emocje. W Agadirze pierwszy raz udaliśmy się na pokazy delfinów (żałujemy, nie polecamy). Kiedyś Wiktoria marzyła o tym, żeby mieć zdjęcie z delfinarium, gdzie przytulałaby się do jakże słodkiego delfinka. Oh God. Możecie wierzyć, bądź nie, ale Wiktoria w tym delfinarium nie mogła powstrzymać łez. Jednego jesteśmy pewni – nigdy, absolutnie nigdy więcej nie udalibyśmy się na taki pokaz. Te delfiny pływały na śmiesznie małej powierzchni, wokół masa ludzi i głośna muzyka. Podczas całego występu były na maxa zestresowane i przerażone. Zmuszanie do przyjmowania nienaturalnych dla tych zwierząt pozycji i szkolenie ich metodą głodzenia jest dla mnie niedopuszczalne. Zdaje sobie sprawę, że brzmię jak hipokrytka, bo jednak tam poszłam. Poszłam tam z impulsu, nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, ale dzięki wizycie w tym paskudnym miejscu, zainteresowałam się głębiej tym tematem i mogę Was przestrzec przed napędzaniem takiej beznadziei własnymi pieniędzmi.



Wracając do pozytywnych aspektów tej wycieczki, a tych było zecydowanie najwięcej! W samym Agadirze nie spędziliśmy zbyt wiele czasu i nie polecamy Wam lokacji w stricte tym miejscu. Warte odwiedzenia są natomiast miejscówki, do których dojedziecie z Agadiru w kilka/ kilkadziesiąt minut. np. Taghazout. Miejsce nazywane rajem dla surferów, możecie zachwycać się tam przepięknymi zachodami słońca. Znaleźliśmy tam kilka mega klimatycznych miejscówek – a w drodze na Taghzout jedliśmy najlepszego smoothie bowla na świecie rozkoszując się takimi widokami, jak poniżej.


Dla takich zachodów słońca trzeba żyć. Dodam jeszcze, że zdjęcie jest bez jakiegokolwiek filtra.


Next stop – Marakesz! Nie planowaliśmy jeździć autem po Marakeszu, więc oddaliśmy samochód. Pan mający wypożyczalnię był tak miły, że odwiózł nas na dworzec autobusowy, z którego mieliśmy udać się prosto do Marakeszu. Tym samym przestrzegł żebyśmy tam na siebie uważali… Jeśli chodzi o samą podróż to przedostanie się autobusem z Agadiru do Marakeszu trwało jakieś 4/5h. Droga nie była łatwa, bo trafiliśmy na średnio wyposażony autobus. Za „przyjemność” podróżowania z samymi tubylcami zapłaciliśmy bodajże ok. 10 euro/os. Widoki co prawda były nieziemskie – przed nami góry Atlas, bezkres… W Marakeszu zabookowany mieliśmy pobyt w tradycyjnym Riadzie, czyli hotelu jakich tam mnóstwo.


Wnętrze naszej części Riadu wyglądało dokładnie jak wyżej.


Sama lokacja tego miejsca - wow. Medina – wąskie uliczki, w których króluje handel, a jednocześnie najstarsza część Marakeszu. Niesamowity gwar, okropny zapach benzyny i absolutnie wszystko, co tylko moglibyście kupić. W Marakeszu wszyscy Cię będą zaczepiać, mówili. Czy to prawda? Marakesz jest miastem, w którym nie trudno o turystów, a tam gdzie ich dużo, tam ludzie chcą zarobić. Popyt i podaż, proste. Jeśli jednak uśmiechniesz się i stanowczo powiesz jednemu i drugiemu, Nie, dzięki – nie będą za Tobą łazić ani Cię namawiać. Trzeba mieć do tego odpowiednie podejście – a te nabywa się z czasem. Zaczepianie w Marakeszu jest niczym przy wytrwałości i nachalności lokalesów, np. w Kenii!


Co koniecznie zobaczyć? Must see to plac Jamaa El Fna i to najlepiej wieczorem. Wtedy tam się najwięcej dzieje, muzyka, niepowtarzalny klimat. Koniecznie Meczet – przynajmniej z zewnątrz.



Z placu przy meczecie, udało nam się wyhaczyć bezpośredni transport do atrakcji, którą wykupiliśmy online dzień wcześniej – Anima garden. Miejsce stworzone przez autriackiego artystę. Wplecenie sztuki nowoczesnej w turbo zadbany ogród z widokiem na góry Atlas. Warto tam pojechać, choćby po to, żeby poczuć trochę harmonii i spokoju, której w centrum Marakeszu na pewno nie zaznacie. Zapomnielibyśmy jeszcze wspomnieć, że kupując bilet przez stronę internetową, dostajecie możliwość przetransportowania się te kilka km za miasto.


Jak Marakesz to… Jardin Majorelle! Posiadłość YSL budzi podziw i jest chyba najczęściej odwiedzaną atrakcją turystyczną. W kolejce do kas czekaliśmy dobre 25min. Jak już wreszcie udało nam się wejść do ogrodu, to na każdym kroku byli ludzie, mnóstwo ludzi. Poza tym wiadomo, każdy chce zrobić zdjęcie z domem YSL w tle. Oczywiście do samego domu nie ma możliwości wstępu, do zwiedzania jest posiadłość projektantów na zewnątrz. Powierzchnia ogrodu imponująca, atrakcja do odhaczenia, ale zważając na ilość ludzi, przyjemność z tego wątpliwa.



Poza ogrodami Laurent, tuż obok zostało stworzone jego muzeum. I tutaj chylę czoła, sam budynek robi wrażenie, przykuwa wzrok swoim minimalizmem i prostotą. Jeśli jesteście choć trochę wrażliwi na sztukę i modę, to polecam zajrzeć w to miejsce. Prototypy kreacji stworzonych przez Laurenta, które można obejrzeć gołym okiem. Historia drogi do sławy projektanta ukazana w tak niespotykany sposób – bardzo polecamy.


A czego unikać? Nas totalnie nie zachwycił pałac Bahia. Czuliśmy się trochę, jak zwiedzając opuszczony dom, tylko taki bardziej luksusowy. Możecie tam zachwycać się tylko ścianami, muralami i witrażami. Wyposażenia nie ma.


Ostatnie dwie noce naszej przygody w Marakeszu, spędziliśmy w powiedziałabym standardowym nieco europejskim hotelu. Mimo, że wcześniej zabookowaliśmy tylko i wyłącznie Riad w Medinie, postanowiliśmy, że przez ostatnie dwa dni odpoczniemy z dala od tego całego tamtejszego zgiełku. Hotelu tu Wam nie polece, bo był to niczym nie wyróżniająca się miejscówka z basenem. Taki wiecie, na max. 2 noce ;D No chyba, że przyjeżdżacie na wakacje do resortu ;D. Śmieliśmy się do siebie, że gdybyśmy brali wakacje zorganizowane, to na bank wylądowalibyśmy w takiej lokacji.


Waluta obowiązująca w Maroko, to dirham marokański, który wymienić możecie tylko na terenie tego kraju, z tego względu że jego wywożenie zostało zabronione. Najlepiej więc wymienić PLN na euro i dirhamy kupić w tamtejszych kantorach. W stosunku do euro, sprawa wygląda tak, że 1 euro = ok. 10 dirhamów.

Komentarze


bottom of page