top of page

Meksyk bez samochodu. Poradnik przemieszczania się po kraju.


Jest tak wiele praktycznych tematów związanych z Meksykiem, że długo nie mogliśmy zdecydować się, który właściwie poruszyć jako pierwszy. Przed przyjazdem tutaj wszystko wydawało nam się totalnie easyyy. Zaczęło się od tego, że host wynajmowanego przez nas mieszkania w Nairobi, w Kenii był zapalonym podróżnikiem. Młody Kolumbijczyk, który od lat odhaczał kolejno odwiedzone państwa. Zdradził nam, że Meksyk to jego absolutnie ulubiona destynacja, w tym momencie - nasza również! Rozmawialiśmy o Meksyku, o tym że łatwo jest się tam przemieszczać, że prężnie działa blablacar, łapie się collectivos, bądź bookuje busa, a w najdroższym wypadku - lot.

Przyznajemy, że nie jest trudno przedostać się z jednego miejsca na drugie, ale wszystko zależy od pieniędzy i ilości spędzonego w podróży czasu.

To co na mapie wydaje się być dosłownie milimetrem, w Meksyku znaczy kilka godzin drogi. Kilkukrotnie przekonaliśmy się o tym na własnej skórze...

Swoją podróż rozpoczęliśmy od Mexico City. Z Warszawy najłatwiej dostać się albo do Mex City albo do Cancun. Cancun to nie miejsce dla nas, wiedzieliśmy o tym od samego początku, dlatego nawet nie zapatrywaliśmy się na ten kierunek.


W stolicy kraju spędziliśmy kilka dni, by później przenieść się do malowniczego miasteczka Puebla.

Swoją drogą warto wspomnieć, że Puebla uważana jest za miasto aniołów i kolorów! Choć kolory rzucą Wam się w oczy w absolutnie każdej części tego kraju. Puebla otaczają wulkany, widoki są niesamowite. Warto też przy okazji odwiedzin w Puebla, wybrać się do oddalonego o ok. 30min miasteczka o nazwie Cholula, choćby by zobaczyć największą objętościowo piramidę na świecie!



Z Mexico City do miasta Puebla pojechaliśmy autobusem ADO (znana Mex sieć busów),co wyniosło nas ok. 30zł/os i zajęło ok. 2h drogi. Nie jest to jednak stała kwota, konkretna cena zależna jest również od pory oraz dnia przejazdu. Bardzo polecamy Wam zaopatrzyć się w bilety na stronie internetowej wspomnianego przewoźnika, przejazd wychodzi wtedy taniej.


Z miasta Puebla udaliśmy się do Oaxaca w stanie Oaxaca! Na tę malowniczą jak się okazało trasę, wybraliśmy również autobus ADO. Kosztowało nas to 74zł/ os, a podróż trwała ok. 5h.

Jest to bardzo wygodny przejazd, w busach możecie spokojnie popracować, są gniazdka do prądu, toalety, klimatyzacja i inne bajery.



Sama Oaxaca znana jest z mezcalu oraz niepowtarzalnego klimatu. Wiecie, że w tym regionie nie pije się tequili? Jeśli zamówi się tequile, zamiast wytwarzanego w tym stanie mezcalu, wszyscy zaczynają się dziwnie patrzeć. Nie sprawdziliśmy tego na własnej skórze, ale to potwierdzone info, przez naszego ówczesnego hosta Airbnb. Dodatkowo must- see w Oaxaca jest wycieczka na Monte Alban, Mitla i jeśli kiedyś zostanie ponownie otwarte - Hierve el aqua.



Dla fanów prawdziwie imponujących widoków górskich, polecamy wybrać się też kawałek dalej, do miejscowości San Jose del Pacifico. Dojedziecie tam ze stacji tzw. second busów, czyli bardziej lokalnych i mniej wygodnych przejazdów. Jednak z tego wiemy, nie ma innej możliwości przemieszczania się w ten rejon. Może być to jednak challenge dla wszystkich cierpiących na chorobę lokomocyjną. Trasa prowadzi przez góry, więc co minutę nowy zakręt, plus wysokość - nie jest to super przyjemna trasa.




Z chłodnego w swej naturze górskiego miasteczka, znanego z grzybków halucynogennych i rytuału Temazcal (sauna połączona z modłami etc - sprawdźcie na naszym filmie na YouTube), prosto do Zipolite. Jak? Etap pierwszy bus do Pochutla, w którym spędziliśmy ok. 3h i zapłaciliśmy za przejazd ok. 25zł/ os. Etap drugi to łapanie collectivo, które w 30min. dowiozło nas bezpośrednio do Zipolite, a zapłaciliśmy za to 3zł/os.


Here we are! 30 stopni, pełne słońce i imponująco burzliwy ocean. Nie pytajcie czy warto - to must- visit. Z Zipolite poniosło nas do Puerto Escindido. Podróż zaczęliśmy w collectivo za 3zł/os (25min jazdy), a skończyliśmy na busie, którego złapaliśmy w San Antonio. Kosztował on 9zł/os i zawiózł prosto na miejsce! Puerto Escondido przerosło nasze oczekiwania, odkryliśmy tam bezludne plaże, a nawet miejsca gdzie rzeka wpływa do oceanu, udało nam się pływać łódką z krokodylami oraz przeżyć bliskie spotkanie z iguanami. Spodobało nam się tam na tyle, że pierwszy raz w życiu, wynajęliśmy na kilka dni skuter! Tak by mieć możliwość szybkiego przemieszczania się i odkrywania tego cudownego miasta. Polecamy tę opcję - frajda i w porównaniu do samochodu - całkiem ekonomiczny wybór.




Wreszcie nasz pierwszy lot międzymiastowy - z Puerto Escondido do Guadalajary. Wtedy też pierwszy raz skorzystaliśmy z tutejszej taksówki i 5min. drogi na lotnisko wyniosło nas zawrotną kwotę 19zł... Co tu mówić, nie polecamy.

W każdym razie lot z Puerto do Guadalajary wyniósł nas 305zł/ os. Niestety, ale w meksyku dodatkowo ponosi się opłatę lotniskową no i musieliśmy nadać również bagaż. Stąd dość duża finalna kwota. Guadalajara jednak kojarzyła nam się bardzo z Narcos'em Mexico oraz walkami Lucha Libre. Nie mogliśmy wyjechać z Meksyku bez poznania tego miasta, no po prostu nie!




Zamarzyła nam się potem wycieczka do Baja California. Z Guadalajary na półwysep kalifornijski można przenieść się lecąc samolotem. Tak więc zrobiliśmy. Lot do La Paz liniami lotniczymi Volaris, kosztował nas 250zł/ os all in. California to temat na kolejny wpis, zrobiła na nas przeogromne wrażenie i spędzenie tam czasu było warte każdych pieniędzy!




Stety niestety ale aby dostać się na ląd z południa półwyspu kalifornijskiego, rozsądnie jest wybrać (znów) samolot. Z La Paz wróciliśmy do naszego punktu startowego, do Mexico City, bo była to najtańsza z możliwych opcji (190zł/os). Nawet nam to było na rękę, bo mieliśmy okazję pójść do muzeum Fridy Khalo - chyba jedyne muzeum, które tak bardzo chcieliśmy odwiedzić. W CDMX super opcją na uniknięcie korków i dotarcie na czas z miejsca na miejsce jest metro! Koszt wejścia do metra to 1zł/os.


W Mexico City wpadliśmy na genialny pomysł, by ruszyć do stanu Chiapas. Udało nam się znaleźć nocnego busa, spędziliśmy w nim 14h. i zapłaciliśmy 155zł/os, po czym dotarliśmy do San Cristobal de las casas, a to znaczy powrót do górskiego klimatu. Nagle z 35 stopni w Californii, w 19 stopni i deszcz (na południu aktualnie panuje pora deszczowa), ale widoki wokół wynagradzają wszystko.

Musimy się Wam przyznać, że nie przyjechaliśmy do Chiapas tylko dla klimatu, roślinności i wodospadów, których tu dużo.



Meksyk jest ogromny, powtórzymy to raz jeszcze, ale w wiele miejsc nie jesteśmy w stanie dostać się inaczej niż samolotem, a te niestety nie należą do budżetowych środków transportu. Warto zawsze sprawdzać ofertę lokalnych busów, jednak często kilka przesiadek = finalnie taka sama, albo i wyższa kwota, niż bezpośredni lot. Z blablacarem natomiast mamy dość średnie wspomnienia, bo dwukrotnie po zarezerwowaniu przejazdu, kierowca anulował podróż. Nie zauważyliśmy też, aby blabla był popularnym środkiem transportu tutaj, w Meksyku. Może to następstwo korony, ale bardzo niewiele przejazdów się tam pojawiało.

Natomiast na krótkie dystanse, najbardziej budżetową opcją jest niewątpliwie Collectivo. To inaczej lokalny transport, do którego dosiadają się po drodze ludzie. Wysiąść można w każdym momencie, tuż po naciśnięciu dzwonka, kierowca zatrzymuje się. Co ciekawe, collectiva wyglądają różnie, czasem są to zwyczajnie wyglądające busy, niekiedy samochody osobowe, do których wsiada się "na pakę", a innym razem taksówki. Zawsze jednak szukajcie na pojeździe oznaczenia, bądź napisu "collectivo". Istnieje też opcja łapania "stopa", jednak to w naszym przypadku odbywało się na krótkie dystanse.



Komentarze


bottom of page